Blog > Komentarze do wpisu
roy

Ja wiem, że to już minęło ponad pół wieku, że to już nie jest avant-garde i modern, a mimo wszystko wciąż tkwię w tym samym zauroczeniu od pierwszego wejrzenia. Mam do niego jakąś słabość, jakąś ogromną sympatię. Nie mogę się nie uśmiechać...

whaam!

Dlaczego Roy Lichtenstein? Nie wiem. Na tym właśnie polega czar tej mojej miłości. Uwielbiam go bardzo subiektywnie, może bardzo bezpodstawnie. Nie dlatego, że był Największym Artystą Swojej Epoki, ani dlatego, że lubię komiksy (wręcz przeciwnie, niecierpię, z nielicznymi wyjątkami), po prostu zachwyca mnie pomysł i poczucie humoru. Dla mnie jego twórczość to przede wszystkim świetny żart. Podnosząc do rangi dzieła sztuki produkt tak banalny i masowy jak amerykański komiks, robi nas wszystkich w konia, wytrąca z równowagi. Zaczynamy się gubić w naszym dotychczasowym, jakże oczywistym osądzie na temat tego, co sztuką jest, a co nie jest. Mieliśmy dotąd bezpieczne i jasno wyznaczone granice, a tu nagle taki komiks w galerii. I to w rozmiarze monumentalnym, na jaki bez wątpienia tylko Dzieło Wybitne zasługuje.

drawning girl

Lichtenstein udowadnia, że może te granice nie tylko bezkarnie w dowolnym miejscu przekraczać, może je również przesuwać zgodnie ze swoim upodobaniem. W zasadzie może je nawet znieść zupełnie, pozostawiając nas na lodzie bez oparcia, jakim do tej pory służyło rozgraniczenie między sztuką wysoką i kulturą niską, masową, popularną, czyli życiem, jakim je wszyscy znamy. Artysta może więc czerpać zewsząd, zarówno z górnej półki Biblioteki Aleksandryjskiej, jak i z najniższej półki hipermarketu, bo wszystkie sfery współczesnego życia są tak sobą nawzajem przesiąknięte, że zamiast zastanawiać się, gdzie przebiegają granice, powinno się raczej zastanawiać, czy w ogóle jest sens o nie pytać.

kisses

I wiem, że Lichtenstein nie był pierwszym, ani jedynym, że nie odkrył, nomen omen, Ameryki, ale właśnie jego sposób, jak żaden inny do mnie trafia i nic na to nie poradzę. Zakochałam się wiele lat temu, w toku bolesnych, acz przyjemnych (bo ja chyba trochę jestem masochistką) przygotowań do egzaminu z historii sztuki i od tamtego czasu trwa to "fatalne" zauroczenie. Bo czy go oglądałam w wiedeńskim muzeum, na MoMA w Berlinie czy na czarno-białej, rozmazanej reprodukcji w podręczniku, nie mogłam się nie uśmiechać...

crak

czwartek, 05 marca 2009, heizez

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/03/07 23:07:27
www.youtube.com/watch?v=JCZfJ5ai07U