Blog > Komentarze do wpisu
moje brighton

...czyli po latach podróż sentymentalna(?)

fasada

Dwa lata nieobecności, dwa lata na złapanie dystansu, powrót i wrażenia wciąż te same. Nie tęsknię za Brighton. Czasem brakuje mi tylko w Szkocji niektórych jego aspektów; wieloetniczności, większego zindywidualizowania jednostek, tolerancji dla ludzkich seksualności. Poza tym Brighton to jednak nie moja bajka.

W Brighton przede wszystkim się konsumuje. Konsumuje się nie tylko żywność (w dużej rozmaitości), alkohol (w dużej ilości) i związki (w dużym pośpiechu). Konsumuje się również rozrywkę i sztukę, które w tym mieście tworzą jeden, trudny do rozwarstwienia amalgamat. O ile jednak rozrywka bez sztuki żyje i ma się świetnie, o tyle ta druga zdaje się nie być zdolna do funkcjonowania poza swym symbiotycznym związkiem.

Pisałam kiedyś, że Brighton jest pop, że z Lichtensteina ma przenikanie dziedzin, mieszanie poziomów, z Warhola - powielanie i użycie ikon. Teraz widzę, że to nie tak. Brighton nie jest pop, bo tam dziedziny nie są równouprawnione. One od siebie nie zapożyczają, nie uzupełniają się nawzajem. Czerpanie (wyczerpywanie?) ma tam przepływ jednokierunkowy i ze sztuki czyni tylko pożywkę dla silniejszego i bardziej ekspansywnego (intratnego) organizmu. Niewiele da się tam znaleźć przedmiotów/zdarzeń, których jedyną racją zaistnienia byłaby racja estetyczna sama w sobie. Przypuszczam zresztą, że jeśli nawet tworowi takiemu udaje się od czasu do czasu zakiełkować, to i tak zostaje z rozpędu i przyzwyczajenia po prostu skonsumowany. Można bowiem konsumować Dostojewskiego tak, jak się konsumuje Harlequiny - mawiała osoba, którą bardzo cenię.

sobota, 30 maja 2009, heizez

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: