Kategorie: Wszystkie | chleb powszedni | drzazgi w oku
RSS
sobota, 22 stycznia 2011
wondertoonel

wondertoonel

Mark Ryden, Sophia's Mercurial Waters, 2001

Moje ostatnie znalezisko nazywa się Mark Ryden i jestem tym znaleziskiem absolutnie urzeczona.

Obrazy Rydena są trochę surrealisyczne, trochę klasyczne, trochę straszne i magiczne. Przede wszystkim są jednak bardzo, bardzo nostalgiczne. Aż cieknie z nich tęsknota za zawieruszonym gdzieś światem z dzieciństwa, za rzeczywistością widzianą oczyma niezaślepionymi  jeszcze przez konwencje, widzącymi dusze zabawek i sekretne życie rzeczy nieożywionych.

wondertoonel

Mark Ryden, The Ecstacy of Cecelia, 1998

wondertoonel

Mark Ryden, Fetal Trapping in Northern California, 2006

wondertoonel wondertoonel

Mark Ryden, Blood, 2005   Mark Ryden, The Creatrix, 2005

Dziecięca wyobraźnia pożywia się atmosferą zaczarowanych krain cyrków, pchlich targów, telewizji, kościołów, muzeów historii naturalnej i sklepów ze słodyczami. Skłonna jest syntetyzować raczej, niż analizować i ma święte prawo do materializowania się na płótnie, bo nie ograniczają jej jeszcze sztywne ramy tego co wypada i tego co wiadomo. Właśnie to nieskrępowanie pozwala przedstawiać na dziecięcych rysunkach naturalny stan rzeczy, którego zdolność widzenia tracimy wraz z dorastaniem. Współczesne społeczeństwo traktuje bowiem wyobraźnię jako tymczasowy przymiot dzieciństwa i tylko w tym stadium życia pozwala jej się swobodnie realizować.

Dojrzałość stoi, według Rydena, w opozycji do natury. Dorosłość jest dla niego barierą, która musi zostać przekroczona, a nawet przełamana, żeby przedmioty i postaci w naturalny sposób domagające się bycia namalowanymi, mogły szeptać do ucha artysty i wieść go rękę.

wondertoonel

Mark Ryden, The Birth, 1994

wondertoonel

Mark Ryden, Snow White, 1997

wondertoonel

Mark Ryden, The Butcher Bunny, 2000

Szczególnym zainteresowaniem Ryden obdarza mięso. Po pierwsze, z przyczyn czysto wizualnych, gdyż jak sam mówi, fascynuje go sama fizyczna struktura mięsa, jego rozliczne wzory i faktury, które czynią je estetycznie pociągającym przedmiotem sztuki. Po drugie, ponieważ zastanawiają go granice między duszą a ciałem/mięsem w człowieku, między żywą istotą a pokarmem/mięsem w zwierzęciu, między chrześcijańskim symbolicznym obrządkiem komunii a drastycznym rytuałem dosłownego konsumowania ciała bóstwa/człowieka/zwierzęcia. Biblijny werset: „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, oto ciało moje” otwiera przed artystą nieskończone możliwości mniej lub bardziej dosłownych, a tym samym niekiedy przerażających reinterpretacji.

wondertoonel

Mark Ryden, The Angel of Meat, 1998

Strona z pracami Marka Rydena: www.markryden.com

sobota, 23 października 2010
życie na szali... petriego

W Polsce na tapecie in vitro. Jedni będą głosować zgodnie ze swoim sumieniem, drudzy będą orzekać, czy sumienie to jest właściwe i w razie czego ekskomunikować. Ci sami, co nie tak dawno czuli się absolutnie nieuprawnieni do ingerencji w politykę w sprawie krzyża, teraz okazują się jak najbardziej kompetentni, a nawet zobowiązani do forsowania swojego absurdalnego stanowiska w sprawie, która w najmniejszym stopniu nie powinna być przedmiotem ich zainteresowania.

W szerokim świecie podobne klimaty. Kościół się obraził za Nobla dla twórcy in vitro, uważając go za kogoś w typie masowego mordercy, mimo, że dzięki niemu na świat przyszło jakieś cztery miliony dzieci, które w innym wypadku nigdy nie miałyby szansy się urodzić. Powód? Kościół jest za ŻYCIEM.

jesus and mo

Mówiąc "za życiem" mamy oczywiście na myśli życie ludzkie, bo życie tylko jednego gatunku kościół katolicki uznaje za warte uwagi i ochrony. Pokrętne, natomiast, rozumienie tego, co życiem takim (ludzkim) jest, a co nie jest, opiera na abstrakcyjnym "argumencie duszy". Człowiek jest człowiekiem od chwili poczęcia, bo w tymże właśnie doniosłym momencie Pan Bóg wszczepia mu duszę. Argumentacja kompletna i nie do obalenia. Amen.

Tak się zastanawiam, czy w swojej pseudonaukowej dociekliwości poznawczej na temat poczęcia kościelni scholastycy zdają sobie sprawę, że ponad 50% ciąży kończy się tzw. mikroporonieniem, czyli wydaleniem zapłodnionej komórki jajowej (wraz z duszą?) w czasie menstruacji, zanim kobieta w ogóle zacznie sobie zdawać sprawę, iż oto nosi w łonie życie poczęte. Zbitek wydalonych z organizmu komórek (dziecko?) ma wtedy około dwóch tygodni, a więc jest znacznie starszy i bardziej rozwinięty, niż kilkudniowa zygota, którą umieszcza się w macicy w procesie zapłodnienia in vitro. Dlaczego w takim razie kościół nie optuje za comiesięcznym kolekcjonowaniem zużytych tamponów i podpasek w celu wyprawienia im katolickiego pogrzebu? Przecież według jego nauki, potencjalnie - i to aż w połowie przypadków - znajduje się w nich martwa istota ludzka i jej skazana na wieczne błąkanie się po przedpieklu, nieochrzczona dusza. Dlaczego nie chrzci się i nie grzebie w obrządku katolickim nawet kilkumiesięcznych poronionych płodów?

Doskonale wpisuje się w tę dyskusję o potencji bycia człowiekiem i posiadania duszy (choć nie dotyczy bezpośrednio in vitro, a badań na komórkach macierzystych), poniższe wystąpienie Sama Harrisa, któremu ustawicznie grozi się nie tylko banalną ekskomuniką, ale również śmiercią. Wszystko w obronie życia oczywiście!

poniedziałek, 28 czerwca 2010
rowerem i strzelbą

Na fali wakacyjnego nastroju, ale także kilkumisięcznej już fascynacji, wywołanej zobaczoną przez przypadek tablicą pamiątkową na dworcu głównym w Poznaniu, sięgnęłam po "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" Kazimierza Nowaka.

Dla niezorientowanych (do których sama nie należę dopiero od niedawna) Poznaniak Kazimierz Nowak w latach 1931-36, jako pierwszy człowiek na świecie, przebył kontynent afrykański w tę i na zad rowerem tudzież pieszo, konno, czółnem lub na wielbłądzie, w każdym razie bez użycia samochodu. Jego wyprawa nie otrzymała żadnego wsparcia organizacyjnego czy finansowego (poza wysyłanymi do Afryki dętkami Stomilu) i została zupełnie niemal zapomniana. Szczęściem, Nowak rasowym dziennikarzem będąc, przywiózł ze sobą do kraju tysiące zdjęć i stosy zapisków, z których to kilka lat temu złożono wspomniany wolumin. Promocją książki zajął się sam Kapuściński, opiewając szczerość i trafność perspektywy samotnego podróżnika-obserwatora-włóczęgi oraz krytyczny obraz kolonialnej Afryki, jakiego dotąd nie znaliśmy.

nowak

Muszę jednak powiedzieć, że moje podniecenie całą sprawą, swój szczytowy punkt miało w momencie otrzymania przesyłki z książką, a potem z każdą kolejną stroną i rozdziałem stygło, przeradzając się pod koniec w antypatię do samego autora-bohatera wyprawy i książki zarazem.

Przede wszystkim trudno ten rzeczywisty "obraz Afryki" wyłuskać spośród kwieciście lirycznych opisów przyrody i stanów emocjonalnych Kazimierza, które to opisy z czasem ewoluują w peany samouwielbienia dla niezłomności woli, hartu ducha i ogólnej zajebistości osoby Nowaka.

Po drugie nowakowa krytyka polityki kolonialnej wydaje się wynikać głównie z niechęci do uiszczania podatków, ceł i opłat administracyjnych, które przecież w "cywilizowanej" Europie nie podlegają dyskusji, w Afryce zaś stają się gwałtem na wszelkiej przyzwoitości. Podobnie ambiwalentny stosunek podróżnik wykazuje zresztą wobec wyzysku miejscowej ludności, który to proceder uważa za jednoznacznie zły i karygodny w wykonaniu zaborczych państw kolonialnych, podczas gdy staje się on absolutnie usprawiedliwiony (a nawet w ogóle nie kwalifikujący się jako wyzysk), kiedy grożąc bronią, wymusza w wioskach żywność i wodę oraz nieodpłatną pracę tragarską.

Ponadto, wrażliwy na krzywdę tak ludzi, jak i innych stworzeń, Nowak ubolewa nad drastycznie malejącą liczbą wolno hasających po sawannach zwierząt afrykańskich i potępia bezmyślnie dokonowane przez białych myśliwych rzezie, sam jednak z wielką chęcią sięga po strzelbę, ilekroć coś poruszy się w zasięgu wzroku, po czym dumnie fotografuje się ze zwłokami wszystkich niemal występujących w Afryce gatunków.

Wreszcie rażący jest brak kompetencji antropologicznej "badacza" i jego stosunek do opisywanej ludności. Każdy czarnoskóry człowiek jest dla niego po prostu "Murzynem", bez względu na pochodzenie i przynależność etniczną. Każdy "Murzyn" jest z natury leniwy (nawet ten strugający Nowakowi łódkę i ten reperujący mu rower), głupi (bo za swoją pensję kupuje plastikową biżuterię zamiast założyć sobie lokatę w banku) i żarłoczny (bo odmawia ciężkiej, wielodniowej pracy za głodową rację żywnościową), a jego japońskiej produkcji ubrania są tandentne i nigdy nie prane. Wszystkie niepowodzenia mieszkańców Afryki są przy tym spowodowane ich ciemnotą, pogaństwem i wrodzoną nienawiścią do pracy (podobnie zresztą, według Nowaka, nienawidzą pracy wszyscy muzułmanie).

Generalnie, o ile sama pionierska, jak by nie patrzeć, wyprawa Kazimierza Nowaka zdecydowanie nie powinna była czekać na rozgłos przeszło 70 lat, o tyle wiele z entuzjazmu wobec tego niecodziennego wyczynu bezpowrotnie pryska po lekturze książki, której obiektywizm i kulturoznawcza naukowość dorównują niemal "W pustyni i w puszczy".

nowak

niedziela, 02 maja 2010
niech cię zobaczą

Tak więc Belgia została pierwszym krajem w Europie, który ustawowo zakazał zasłaniania twarzy w miejscach publicznych. W założeniu chodzi o walkę z terroryzmem, w praktyce wiadomo jednak, że ustawa wymierzona jest właściwie tylko w muzułmanki, gdyż przeciętny Belg / Belgijka zazwyczaj nie chodzi na co dzień w prześcieradle czy masce. No, może za wyjątkiem karnawału, który został objęty ustawową dyspensą. Belgijski rząd musiał uznać widocznie, że niemożliwe jest zorganizowanie zamachu terrorystycznego, gdy wśród hałasu i zamieszania tłumy zamaskowanych ludzi wylegają na ulice najbardziej kluczowych części miast, a uwaga policji i innych służb zaprzątnięta jest dbaniem o to, by podchmieleni przebierańcy nie pozabijali się nawzajem.

Odnoszę wrażenie, że rządowa dbałość o bezpieczeństwo obywateli dryfuje w coraz bardziej zatrważającym kierunku. Wszyscy pamiętamy, jak na fali 9/11 zaczęto nam po macierzyńsku tłumaczyć, iż dla naszego własnego dobra musimy się wyzbyć części swoich praw. Jak daleko można się jednak posunąć w ograniczaniu swobód obywatelskich w imię obrony bezpieczeństwa? Czy to naprawdę musi być gra o stawce zero - coś kosztem czegoś? Jak daleko jeszcze zaniesie nas ta paranoiczna fala?

Problem belgijskiej ustawy jest o tyle poważny, że nie chodzi tu o zwykłe wymuszenie na obywatelach zgody na bycie filmowym w czasie zakupów czy fotografowanym na lotnisku, ale o ograniczenie zapewnionej w konstytucji i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka swobody wyznania.

O ile jestem zdeklarowaną zwolenniczką neutralności państwa i usuwania symboli religijnych z urzędów państwowych (np. krzyży ze szkół), o tyle sądzę, że nie wolno nam tych samych symboli usuwać siłą z szyi, głów czy innych części ciała poszczególnych osób. Musimy wreszcie zrozumieć, że neutralne światopoglądowo państwo nigdy nie będzie składać się z neutralnych światopoglądowo ludzi (jak by tego chciała np. skrzywiona neutralnościowo Francja). Nie na tym neutralność państwa polega. Nie powinna ona oznaczać niczego ponad zwyczajną bezstronność, a więc nieopowiadanie się za żadnym ze światopoglądów / religii / filozofii, a co za tym idzie zagwarantowanie wszystkim, bez wyjątku, tych samych praw.

Jak widać, w Belgii od przedwczoraj wszyscy - chcą czy nie chcą - mają takie samo prawo chodzić po ulicach z odsłoniętą twarzą...

poniedziałek, 19 kwietnia 2010
a imię jego czterdzieści i cztery

Skończyła się żałoba narodowa. Można teraz głośniej mówić, nawet śpiewać. Wypada już na powrót interesować się światem. Bo może trudno w to uwierzyć, ale Ziemia poza Polską kręciła się przez ten tydzień swoim starym rytmem, choć media tak konsekwentnie zapominały nas o tym informować.

Kto by się jednak przejmował 2000 zabitych w trzęsieniu ziemi Tybetańczyków, 45 ofiarami zamachów bombowych w pakistańskim obozie dla uchodźców, kilkudziesięcioma cywilami zamordowanymi na ulicach przez tajską policję, skoro to i tak polskie losy ostatecznie wpłyną na przyszłe dzieje świata? Ofiara bowiem z życia 96 Polaków(-ek) nie może nie mieć znaczenia mistycznego, nie może nie posiadać sensu zapisanego ognistymi literami w Boskiej Księdze Przeznaczenia. Polska delegacja nie mogła przecież po prostu lecieć na obchody 70-tej rocznicy zbrodni w Katyniu i zginąć w katastrofie lotniczej. To Ziemia Katyńska po raz kolejny upomniała się o krew polskich elit, wyciągając swe przeklęte macki po tych, co to "w najszlechetniejszej z możliwych misji". Katyń 1940-2010 - co to właściwie znaczy?

Dla Polski samolubnie upojonej euforyczną rozpaczą świat przestaje istnieć, bo jest przyziemny i zwykły, nie ma żadnych dodanych znaczeń i nie przypina mu się lśniących symboli. A skoro tak, to po co nam mają media zawracać nim głowę, gdy my przeżywamy głęboko dramat nasz odwieczny wciąż od nowa.

Może już czas przestać uczyć dzieci, że Polska Mesjaszem Narodów?

czwartek, 18 marca 2010
gabinet osobliwości madame arbus

Andy Warhol pisał o niej, że wyprzedziła swój czas. Susan Sontag, - że aparat fotograficzny stanowił dla niej paszport przy przekraczaniu granic moralnych i społecznych zakazów. Norman Mailer stwierdził natomiast prostolinijnie, że podarowanie Diane Arbus aparatu było jak włożenie odbezpieczonego granatu w ręce dziecka.

Chłopiec z granatem

Diane Arbus, Child with a Toy Hand Grenade in Central Park, 1962

Dla mnie okrutna szczerość Arbus w ukazywaniu prawdy o fotografowanych osobach, jej celowa bezwzględność w stawianiu widza twarzą w twarz z brzydotą, ułomnością i nierzadko trudną do zaakceptowania odmiennością drugiego człowieka, który żyje przecież tuż obok, jak również specyficzne upodobanie do portretowania kalek, cyrkowych dziwolągów, karłów, transwestytów, prostytutek czy umysłowo chorych (czyli tych wszystkich, którzy znajdują się daleko poza marginesem zazwyczaj uwiecznianego na fotografiach świata), nasuwa nieodparte skojarzenie z Velazquezem. "Zbyt prawdziwe!" - skomentował swój własny portret autorstwa don Diega papież Innocenty X i to samo chciałoby się powiedzieć o obrazach Arbus.

Puerto Rican Woman

Diane Arbus, Puerto Rican Woman with Beauty Mark, 1965

A Young Man with Curlers

Diane Arbus, A Young Man with Curlers at Home on West 20th Street, 1966

Szpital dla umysłowo chorych

Diane Arbus, Untitled, 1970-71

Podobnie jak u Velazqueza, przedstawiane przez Arbus osoby są doskonale świadome bycia portretowanymi. Nie odczuwają jednak wstydu z powodu swoich niedoskonałości, ani potrzeby ukrycia swej inności (wyjątkowości?) przed obnażającym spojrzeniem fotografki. Niekiedy przesadnie wręcz pozują, ustawiając się sztywno w centrum kadru. Innym razem tak zuchwale bądź dumnie wpatrują się w obiektyw aparatu, że to widz zmuszony jest ze wstydem opuścić wzrok (jak w przypadku meksykańskiego karła, który uporczywie przywodzi mi na myśl don Sebastiana de Morra).

Mexican Dwarf

Diane Arbus, Mexican Dwarf in his Hotel Room, 1970

Tattooed Man

Diane Arbus, Tattooed Man at a Carnival, 1970

Arbus bezceremonialnie (lecz za przyzwoleniem) wkracza też w najbardziej intymne sfery życia swoich modeli i - co warto zaznaczyć - nie jest to rodzaj intymności powszechnie akceptowanej w jej czasach (podobnie jak zresztą w naszych). Uwiecznia więc pary homoseksualne w zaciszu ich sypialni, nudystów, prostytutki przygotowujące się do pracy czy transseksualistów i drag queens w ich garderobach. Żadna z tych osób nie ma nic do ukrycia, ale i żadna nie jest szczególnie prowokacyjna, nie epatuje erotyzmem, nie próbuje szokować. Jedyny wniosek, jaki - za Susan Sontag - można wysnuć z tych zdjęć jest taki, że zwyczajnie "Ludzkość to nie jedno".

Two Friends

Diane Arbus, Two Friends at Home, 1965

Retired

Diane Arbus, Retired Man and his Wife at Home in a Nudist Camp One Morning, 1963

Hermafrodyta z psem

Diane Arbus, Hermaphrodite and Dog in Carnival, 1970

Wystawa fotografii Diane Arbus w edynburskiej Dean Gallery potrwa od 13 marca do 13 czerwca 2010 (www.nationalgalleries.org).

Twins

Diane Arbus, Identical Twins, Roselle, 1967

poniedziałek, 01 marca 2010
zabijać, nie filmować?

W toku przygotowań do zaliczenia z prawa mediów, natchniona kwestią wolności wypowiedzi, zbłądziłam do Kroniki Wypadków Cenzorskich Indeksu 73 (bo była ciekawa i trochę nie na temat). Na wstępie zaatakowała mnie oczywiście odwiecznie problematyczna Kozyra i mimo, że to już setny raz, skłoniła do refleksji. A w zasadzie, jedno zdanie odnośnie "Piramidy zwierząt" mnie do niej skłoniło. Mianowicie, iż złożono "zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa z uzasadnieniem, że pokazywanie śmierci konia jest niehumanitarne i uwłacza jego godności, i że film może być lekcją instruktażową dla satanistów". Pomyślałam sobie, że to nagłupsza argumentacja, jaką w życiu słyszałam i że musiała być z góry skazana na porażkę.

piramida zwierzat

Katarzyna Kozyra, Piramida zwierząt, 1993

Żeby zapobiec przedwczesnym wybuchom oburzenia, zaznaczam, że jestem absolutnie przeciwna uśmiercaniu czy maltretowaniu zwierząt w imię Sztuki. "Artysta" głodzący psa w galerii czy inny "Artysta" pławiący w akwarium chomiki po to, żeby uzmysłowić nam prawdę o kondycji ludzkiej, wykraczają dla mnie poza - i tak już mgliste - granice działalności twórczej. Z tej prostej przyczyny, że chomika guzik obchodzi kondycja ludzka i chomik nie ma potrzeby ekspresji poprzez Sztukę. Chomika obchodzi tylko kondycja chomicza, a psa psia, i to one zostają przez te pseudo-artystyczne działania pogwałcone. Że Sztuka wymaga poświęceń, mogłabym się nawet zgodzić, ale co to za poświęcenie, poświęcić kogoś innego?

piramida zwierzat

Katarzyna Kozyra, Piramida zwierząt, 1993

Wracając do zawiadomienia, wygląda na to, że śmierć konia jest ok dopóki się jej nie filmuje. Że niehumanitarne nie jest samo zabijanie, a jedynie epatowanie obrazem jego przebiegu. Jak długo zabija się za zamkniętymi drzwiami, z dala od wrażliwych spojrzeń publiki, tak długo niczyja godność nie jest narażona na szwank. To o kogo tu właściwie chodzi? O konia czy o nas? Czy oburzenie nie wynika często bardziej z faktu, że pokazuje się nam coś, czego nie chcemy oglądać i o czym nie chcielibyśmy myśleć, niż z samego przekonania, że to coś jest moralnie złe? Sposób w jaki zginął koń Kozyry nie różni się przecież niczym od sposobu w jaki każdego dnia uśmiercanych jest tysiące zwierząt w celach przemysłowych. Sfilmowanie tego procesu nie uczyniło go bardziej okrutnym, bardziej bolesnym dla konia, bardziej niehumanitarnym. Jak napisała Kozyra w tekście swojej pracy: "W pierwszym etapie widoczne są jeszcze drgające mięśnie konia, a następnie widoczne są już tylko fragmenty mięsa, które wyglądają dość znajomo i do widoku których ludzie są przyzwyczajeni, wystarczy spojrzeć na haki w sklepie rzeźniczym".

piramida zwierzat

Katarzyna Kozyra, Piramida zwierząt, 1993

A jednak nie lubimy, by nam przypominano, że mięso nie rośnie w foliowych opakowaniach.

niedziela, 21 lutego 2010
banksy vol 2 - indoors

"Odkryłem, że jeśli chcesz przetrwać jako graficiarz także we wnętrzach, jedyną opcją jest dla ciebie, byś również tam malował po rzeczach, które do ciebie nie należą".

chatka

show me the monet

Show me the Monet

silent night

Silent Night

sun flowers from petrol station

Sunflowers [from petrol station]

"[W rzeczywistości] tylko bardzo wąska grupka ludzi tworzy, promuje, kupuje, wystawia Sztukę i decyduje o jej sukcesie. Najwyżej kilkaset osób na całym świecie ma w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia. Kiedy idziesz do galerii, jesteś po prostu turystą oglądającym gablotę z trofeami kilkorga milionerów".

A skoro mógł być Warhol, mógł być też Banksy.

discount soup can

Discount Soup Can, Museum of Modern Art, Nowy Jork, przetrwało 6 dni

can in gallery

"Po przyklejeniu tego obrazka do ściany, stałem tam jeszcze pięć minut, czekając co się zdarzy. Przeszedł tamtędy tłum ludzi. Gapili się przez chwilę, po czym ruszali dalej z wyrazem lekkiego zmieszania i jakby bycia troszeczkę oszukanym. Poczułem się wtedy jak prawdziwy nowoczesny artysta".

wall art

Wall art, British Museum, Londyn, przetrwało 8 dni, obecnie włączone do stałej ekspozycji

Tabliczka z opisem głosiła: "Malowidło naścienne, Wschodni Londyn. Doskonale zachowany przykład sztuki prymitywnej, datowany na erę post-katatoniczną. Uważa się, że przedstawia człowieka pierwotnego zdążającego ku pozamiejskim terenom łowieckim. Autor malowidła, znany pod pseudonimem Banksymus Maximus, tworzył szeroko na obszarze południowo-wschodniej Anglii, lecz niewiele o nim wiadomo. Większość dzieł tego rodzaju niestety nie zachowała się. W znacznej części zostały one zniszczone przez zagorzałych urzędników municypalnych, nie rozumiejących przekazu artystycznego oraz historycznego znaczenia malowideł naściennych".

piątek, 19 lutego 2010
banksy vol 1 - outdoors

Przeczytałam wpis o Banksy'm na blogu Pani Izy i z komentarzy mi wynikło, że już dwa lata temu pisać o nim nie powinno się było, bo to stare jest i każdy, kto ma internet, o Banksy'm wie już wszystko. A poza tym, że to nieładne i nieoryginalne jeszcze.

Cóż, argument, że o starym pisać nie warto - np. o Zygmuncie Starym - zupełnie do mnie nie przemawia. Nieładność, natomiast, i nieoryginalność to kwestie co najmniej dyskusyjne, więc ja jednak o Banksy'm napiszę, choć już się on o rok kolejny zdewaluował.

Chociażby dlatego napiszę, że mnie to po prostu intryguje, że wciąż nie wiadomo, czy wiadomo, kim Banksy jest właściwie i czy Banksy jest jeden, czy jest go więcej. I że nie do końca wiadomo nawet, czy faktycznie jest autorem wszystkiego, o czym myśli się, że jest autorstwa Banksy'ego. I dlatego też, że wytwory jego (dzieła) bardziej ewoluują, niż się przedawniają i wraz z nimi ewoluuje rzeczywistość, w której się znajdują. A to za sprawą innych; odbiorców/ twórców/ wandali/ ignorantów/ epigonów (niepotrzebne skreślić, choć może wszystkie są potrzebne?).

Siedem lat temu, na przykład, Banksy zrobił graffiti na Old Street w Londynie:

2003

Banksy, 2003

2005

2005

2006

2006

2007

2007

2009

2009

Trudno też uznać za stare i nieaktualne coś, co zaistniało tylko na kilka godzin, czasem dni, w konkretnym miejscu i sytuacji, a potem zniknęło lub przeistoczyło się w coś całkiem innego i wiemy o tym, jakie było w chwili swego powstania tylko dlatego, że jakieś zdjęcie krąży w internecie. Fakt, że zobaczyliśmy to zdjęcie dwa czy pięć lat temu (kiedy dzieło w rzeczywistości już nie istniało w takiej postaci, w jakiej je na nim przedstawiono) nie znaczy przecież, że od tej właśnie chwili liczyć się powinien czas jego dezaktualizacji. Toż to byłby jakiś solipsyzm skrajnie radykalny!

No, bo taki "Zakopany Skarb" w którym momencie się zestarzał, skoro się rozsypał przy pierwszym podmuchu wiatru? I co z tego, że ktoś to zdjęcie widział w 2005, a ktoś dopiero teraz widzi?

Buried Treasure

Albo Mona Lisa z Soho,

Mona Lisa

która już tego samego dnia stała się Osamą, a dwa dni później w ogóle przestała istnieć.

Mona Osama

I jeszcze tylko na koniec, żeby nie przynudzać, oto jak sztuka zmienia rzczywistość:

Designated Graffiti Area

Sciana dzien 1

Sciana dzien 18

Osiemnaście dni, by słowo stało się ciałem...

piątek, 05 lutego 2010
what does a mother do on sundays?

Wiem, że miesiąc krótszy, ale że czasu brak, na razie tylko szybki abstrakt w duchu nadal feministyczno-oburzeniowym, choć trochę na żarty. Nie mogłam się jednak oprzeć.

Przypadkowo zupełnie, błąkając się po sieci, trafiłam na stronę dziesiątą nowoczesnego PRL-owskiego podręcznika do angielskiego, ilustrowanego przez uznanego polskiego plakacistę Jerzego Flisaka. Ilustracje w rzeczy samej urzekające, lecz treść poniekąd kontrowersyjna.

what does a mother do

Jak widać, mama, mamą będąca w całym swym jestestwie, żadnego dnia tygodnia nie oddaje się czynnościom poza jej mamość wykraczającym. Mamość jej jest absolutna i wszechogarniająca, jak barwne kręgi otaczające jej narysowaną postać niczym mandrole. Mamość wyklucza mamę z kręgu świata zewnętrznego (z którym sporadyczny kontakt mama zachowuje podczas zakupów), zamykając ją w malutkich, acz barwnych, krążkach czynności maminych. Mama nie jest więc księgową-mamą, policjantką-mamą, pokerzystką-mamą czy rowerzystką-mamą. Jest mamą-mamą i mamą do entej potęgi, a to już nie pozwala jej być niczym innym.

A w czwartek to Betty - nie Jimmy - pomaga mamie odkurzać. I tego wszystkiego dowiadujemy się już na siódmej lekcji.

P.S. Niestety strona dziesiąta nie mówi, co mama robi w niedzielę. Prawdopodobnie gotuje trzydaniowy obiad.

wtorek, 19 stycznia 2010
ferdydurke

O tej porze bezdusznej i nikłej, między zimą a pozimiem (bo jeszcze nie przedwiośniem) od nowa poczęłam odkrywać tę księgę mądrości. I nie wiedzieć, czy mnie ku temu skłoniła czysta nuda mózgowo-bożonarodzeniowa, czy wizyta na łonie rodzinnym świąteczna.

Bo mnie tam, pośród ciotek cioteczno-ciotecznych bardzo doskwierała ma pupa w ich oczach. Bo do mnie dotarło, że dla nich, mimo mego niemal trzydziestaka, ja wciąż jestem tylko pensjonarką świecącą łydkami w pantoflach sportowych. Że wciąż mi głosu nie wolno zabierać przy stole, a choć zabieram, to nie przystoi, bo ja życia nie znam, bo jestem za młoda i o niczym nic nie wiem tak, jak one wiedzą świetnie z okopów swych kuchni i fortec swych kanap.

I tak sobie pomyślałam o pupy i gęby trwałości społecznej i że nic się, a nic, nie zmieniło od czasów Witolda, i że z tradycją w nowoczesność idziemy światopoglądu, ale bardziej z tą tradycją, niż w tę nowoczesność. Powolusieńku, albo wcale.

Bo czyż koleżanki moje, rówieśniczki, stateczne mężatki o piersiach karmiących, wlokące u spódnic swych po parze osesków nie przestały w oczach ciotczano-społecznych pensjonarkami być tylko z racji swego zamążpójścia? Czyż im obrączki nie zasłaniają ich łydek, a wózki ich niemowlęce nie wyciągają z pupy prosto w gębę macierzyńską i szacowną? Takim już nikt nie powie, że życia nie znają, bo za młode. One na każdy temat mogą wypowiadać się kwieciście między śledziem a sałatką i przy kawie, bo one tu mają swe miejsce i status, bo ich trzydziestak na miejscu jest, a mój w pantoflach sportowych. One wiedzę swą czerpią z roty małżeńskiej i z bólów porodowych, i z kolki zwalczania, a wiedza moja ze źródeł niejasnych, do życia się nie odnosi, bo przez obrączkę nie cedzę jej w życie.

Więc mnie tylko pozostaje cukierki jeść w ciszy i w ciszy swoje robić - uciekać przed gębą jak długo się da.

piątek, 04 grudnia 2009
zwierzęczłowiekmaszyna

Jeśli do niedawna rozróżnienie tego, co ludzkie, zwierzęce i mechaniczne wydawało się nie nastręczać poważnych trudności, to od pewnego czasu granice przebiegające między tymi trzema porządkami nie są już tak oczywiste.

Do tej pory jedyne, z czym musieliśmy się uporać jako ludzie, to czysto empatyczne ustosukowanie się do olbrzymiego podobieństwa nas samych do innych zwierząt w kwestii odczuwania tak fizycznego, jak i emocjonalnego komfortu czy bólu. Obecnie jednak rozwój nauki i technologii stawia nas przed kolejnym, znacznie trudniejszym do rozwiązania problemem.

Elementy zwierzęce, ludzkie i mechaniczne mogą się bowiem łączyć na poziomie organicznym, odbierając nam możliwość jednoznacznego osądu i łatwego przyporządkowywania do jednej z kategorii. Zwierzęce ciała pełne ludzkich organów, ludzie o tytanowych szkieletach, cybernetycznych oczach i uszach wyhodowanych na myszach, biochemiczne komputery - wszystko to musi znaleźć swoje miejsce we współczesnym świecie, a my musimy znaleźć jakieś sposoby klasyfikacji, choć zostajemy pozbawieni wszelkich wyznaczników, na których moglibyśmy opierać nasze oceny.

Jedną z najbardziej interesujących prób podjęcia tego tematu są, według mnie, prace Patricii Piccinini. O tyle ciekawe, że charakteryzują się bardzo ambiwalentnym podejściem do sprawy. Zamiast usiłować desperacko ustalać granice, Piccinini wydaje się raczej uzmysławiać nam, iż są one już nieaktualne i przygotowywać nas na to, że dotychczasowe kategorie będą się rozmywać coraz bardziej.

The Young Family 2003

Patricia Piccinini, The Young Family, 2003

The Long Awaited 2008

Patricia Piccinini, The Long Awaited, 2008

Nest 2006

Patricia Piccinini, Nest, 2006

The Stags 2008

Patricia Piccinini, The Stags, 2008

zwierzęczłowiekmaszyna

Patricia Piccinini, Leather Landscape (detal), 2003

Więcej prac artystki na www.patriciapiccinini.net

czwartek, 12 listopada 2009
księga twarzy, księga życia

Jakiś czas temu, niedługi, miałam przyjemność uczestniczyć w bardzo sympatycznym spotkaniu towarzystkim przy muzyce, wódce i chipsach, nazywanym potocznie imprezą. Że akurat przypadało Wszystkich Świętych, obchodzone według miejscowej, barbarzyńskiej tradycji jako Halloween, gospodyni nałożyła na nas obowiązek kostiumowy, co w znacznym stopniu podwyższyło tzw. level frajdy uczestników. Nie o tym jednak chciałam...

To, o czym chciałam, nadeszło niespodziewanie nazajutrz (i nie chodzi bynajmniej o kaca). Zaczęło się dosłownie z pierwszymi promieniami jutrzeki, choć do mnie dotarło znacznie później, gdyż z racji stanu poimprezowego oraz stanu pogody, postanowiłam tego dnia pozostać nieaktywna do późnych godzin popołudniowych.

Otóż około godziny 16.00 dostałam esemesa z pytaniem, czy wszystko w porządku, bo jeszcze nie wrzuciłam, żadnych zdjęć na Facebooka (i tu prośba o niezwłoczne dokonanie uploadu). Nie wychodząc z łóżka włączyłam komputer, który objawił mi oto, iż zaiste jestem jedyną osobą, na której facebook'owym profilu nie widnieją wspomniane fotki. Ten sam zestaw zdjęć - jako, że pula ich była ograniczona, - pojawił się na naszym rodzimym portalu społecznościowym już o 4.20 rano, czyli wraz z pianiem pierwszych kurów, bądź zaraz po powrocie z imprezy.

Zaczęłam się zastanawiać (nie, żebym się nie zastanawiała już wcześniej, ale teraz zaczęłam się zastanawiać intensywniej), jaką rolę pełnią portale społecznościowe w naszym życiu. I nie mam tu bynajmniej zamiaru powtarzać ciągnących się w nieskończoność wątków o zdziczeniu obyczajów na NK, bo zaintrygowało mnie zupełnie coś innego.

* * *

Wiele mówiło i pisało się do tej pory o tym, że portale społecznościowe pełnią rolę zastępczą we współczesnym życiu wspólnotowym, że są surogatem zanikających stosunków społecznych, dają złudzenie bliskości, więzi, spotkań towarzystkich, które przestają mieć miejsce w realu, by przenieść się w rzeczywistość wirtualną li i jedynie. O ile wiele jest w tym prawdy, o tyle wydarzenia tamtego dnia przekonały mnie, że pełnią one także zupełnie inną rolę.

Portale społecznościowe stały się bowiem przestrzenią niejako potwierdzającą faktyczne istnienie zdarzeń z rzeczywistości, kliszą, na której odbija się nasze realne życie, która nie służy jednak do wywoływania wspomnień, lecz do utwierdzania nas samych w przekonaniu, że to co na niej utrwalone, naprawdę się wydarzyło. Jakbyśmy nie ufali swoim własnym doznaniom zmysłowym czy mentalnym w odbiorze świata i jakby to, czego właśnie doświadczamy nie miało znaczenia, dopóki nie trafi do przestrzeni uprawomocniającej zdarzenia.

* * *

Nasza impreza odbyła się przecież naprawdę. Spotkaliśmy się na niej fizycznie, empirycznie odbieraliśmy muzykę z radia, organoleptycznie doświadczaliśmy chipsów i wódki, wchodziliśmy ze sobą nawzajem w interakcje. Nie może być więc mowy o żadnym zastępowaniu czy symulowaniu życia społecznego. A jednak dopiero przeniesienie tego zdarzenia we wspólną dla jego uczestników przestrzeń wirtualną, nadało mu realny status. Tak jakby w naszej świadomości nic nie mogło się wydarzyć, dopóki nie znajdzie się na Facebooku.

profil

czwartek, 24 września 2009
relatywnie

Kiedy studiowałam (nie tak dawno przecież) kulturoznawstwo, wstydem było przyznać, że się nie jest relatywistą kulturowym. Leciutko, acz sugestywnie, starano się nawet rozbudzić w nas poczucie winy, iż jako przedstawiciele euro-atlantyckiego kręgu kulturowego, nie będąc zdolnymi do wyzwolenia się okowów naszego urodzenia, jednocześnie rościmy sobie - na wyłączność niemal - prawo do miana znawców kultur in general. Co miałoby nas bowiem upoważniać do analizowania i oceniania działań, których sensów nigdy nie będziemy w stanie pojąć, gdyż nie możemy spojrzeć na nie inaczej, niż tylko przez pryzmat własnej kultury?

Teraz, kiedy czytam artykuły, zwłaszcza poświęcone prawom człowieka (a ściślej kobiet), coraz częściej wysnuwam wniosek, iż wstyd zaczęła przynosić etykietka relatywisty. I muszę przyznać, że czuję się jak w potrzasku, bo z jednej strony głęboko zaszczepiony w moim umyśle pogląd nakazuje mi twierdzić, że narzucać czy zabraniać nikomu niczego nie wolno, bo to etnocentryzm, z drugiej jednak strony trudno pozostać ślepym i głuchym na fakty, których odrębnością kulturową tłumaczyć po prostu nie wolno, gdy się weźmie pod uwagę, że wszystkich nas łączyć powinno jedno (niezróżnicowane) człowieczeństwo.

O ile nadal uważam, że działania takie jak np. zakazywanie dziewczynom noszenia chust w szkołach są czystą arogancją, o tyle za ignorancję i brak zdrowego rozsądku muszę uznawać zasłanienie się relatywizmem kulturowym, gdy mowa o "tradycji" oblewania żony kwasem w Indiach i Pakistanie, zbiorowego gwałtu na siostrze/córce, by oczyścić splamiony honor brata/ojca w Iranie lub kastracji somalijskich dziewczynek po pierwszej miesiączce. Każdy, kto choć raz widział film z takiej operacji i jest świadom jej następstw, będzie miał poważne trudności z przyznaniem, że poddawane jej dziewczynki możliwość uniknięcia zabiegu potraktowałyby jako odebranie im tożsamości kulturowej. Każdy, kto kiedyś spojrzał - choćby na fotografii - w stopiony kwasem ochłap będący wcześniej kobiecą twarzą i nadal utrzymuje, że wszelkie próby ingerowania są niewskazane jako etnocentryczne, nie tylko odmawia ludziom równych praw ze względu na pochodzenie, ale musi być dodatkowo jednostką całkowicie wyzutą z człowieczeństwa.

W takich przypadkach tłumaczenie się relatywizmem i zakazem "wtrącania" do czyjejś kultury jest zwyczajnie niedopuszczalne. Na podobnej zasadzie można by bowiem, jak słusznie zauważa Azar Nafisi (autorka książki Reading Lolita in Teheran) twierdzić, że kulturą Massachusetts jest palenie czarownic na stosach. A jednak udało się wyplenić tę "tradycję". Kultura chińska też nie nakazuje już swoim kobietom okaleczać stóp krępując je bandażami i łamiąc kości, by nie przekroczyły siedmiu centymetrów. W Indiach nie praktykuje się już dłużej sati... Bo przecież kultury nie są niezmienne i ukonstytuwane raz na zawsze, bo jak wszystko na świecie ewoluują.

Ostatecznie, zastanawiam się dlaczego w tak wielu przypadkach "kulturowo ustanowionego" znęcania się nad zwierzętami udało się ze względów czysto humanitarnych doprowadzić do zakazu (lub chociaż radykalnego ograniczenia) takich praktyk, podczas gdy znęcanie się nad kobietami nadal pozostaje praktyką kulturowo usprawiedliwioną.

piątek, 07 sierpnia 2009
homo laborens

Do tej pory istnienie tego gatunku wkładałam między mity i ludowe podania, podobnie jak istnienie yeti czy chupacabry. Wracając do domu po ośmiu (lub więcej) godzinach, zrzucając buty na środku dywanu i ciężko opadając na kanapę, uśmiechałam się ironicznie i z politowaniem do myśli, że ktoś kiedyś w ramach jakiejś dziwacznej socjalistycznej propagandy, mógł w ogóle wpaść na pomysł, że człowiek stworzony jest do pracy. Nie miałam najmniejszych nawet wątpliwości, że praca nie tylko nie jest naturalną potrzebą człowieka, a wręcz że jest z naturą ludzką sprzeczna. Bo czyż nie pojawił się człowiek u swego ewolucyjnego zarania w afrykańskim raju, gdzie w stanie absolutnie bezinstytucjonalnej wolności wystarczyło sięgnąć dłonią po owoce z Drzewa Życia, nie wstając nawet z jego cienia?

A jednak teraz, gdy nie pracuję, - choć nie sądziłam, że kiedyś to powiem, - brakuje mi pracy. I nie chodzi wcale o potrzebę bycia społecznie użytecznym czy przyczyniania się do powszechnego dobrobytu, bo nadal twierdzę, że człowiek jest z natury egoistą i nawet pro publico bono działa się dla siebie. Chodzi raczej o działanie samo w sobie, jakby jednostka nic-nie-robiąca cierpiała na rodzaj mentalnej nerwicy rąk, które trzeba czymś zająć.

W moim przypadku czynności takie jak jogging czy nauka języków nie sprawdziły się w roli terapii, bo wciąż pozostawiały mnie w poczuciu totalnej bezproduktywności. Zaczęłam więc gotować pasjami potrawy ze wszystkich zakątków świata. Im bardziej wymagające i egzotyczne, tym lepiej. I chociaż szczerze nienawidzę gotowania, muszę przyznać, że do pewnego stopnia satysfakcjonuje ono moją potrzebę wytwarzania efektów.

Może więc homo faber? Albo po prostu nuda...?

sobota, 30 maja 2009
moje brighton

...czyli po latach podróż sentymentalna(?)

fasada

Dwa lata nieobecności, dwa lata na złapanie dystansu, powrót i wrażenia wciąż te same. Nie tęsknię za Brighton. Czasem brakuje mi tylko w Szkocji niektórych jego aspektów; wieloetniczności, większego zindywidualizowania jednostek, tolerancji dla ludzkich seksualności. Poza tym Brighton to jednak nie moja bajka.

W Brighton przede wszystkim się konsumuje. Konsumuje się nie tylko żywność (w dużej rozmaitości), alkohol (w dużej ilości) i związki (w dużym pośpiechu). Konsumuje się również rozrywkę i sztukę, które w tym mieście tworzą jeden, trudny do rozwarstwienia amalgamat. O ile jednak rozrywka bez sztuki żyje i ma się świetnie, o tyle ta druga zdaje się nie być zdolna do funkcjonowania poza swym symbiotycznym związkiem.

Pisałam kiedyś, że Brighton jest pop, że z Lichtensteina ma przenikanie dziedzin, mieszanie poziomów, z Warhola - powielanie i użycie ikon. Teraz widzę, że to nie tak. Brighton nie jest pop, bo tam dziedziny nie są równouprawnione. One od siebie nie zapożyczają, nie uzupełniają się nawzajem. Czerpanie (wyczerpywanie?) ma tam przepływ jednokierunkowy i ze sztuki czyni tylko pożywkę dla silniejszego i bardziej ekspansywnego (intratnego) organizmu. Niewiele da się tam znaleźć przedmiotów/zdarzeń, których jedyną racją zaistnienia byłaby racja estetyczna sama w sobie. Przypuszczam zresztą, że jeśli nawet tworowi takiemu udaje się od czasu do czasu zakiełkować, to i tak zostaje z rozpędu i przyzwyczajenia po prostu skonsumowany. Można bowiem konsumować Dostojewskiego tak, jak się konsumuje Harlequiny - mawiała osoba, którą bardzo cenię.

wtorek, 14 kwietnia 2009
"not israeli culture, not arab, no culture at all"

the band's visit

Cudowny film o tym, jak bardzo się od siebie nie różnimy. Gorąco polecam.

wtorek, 07 kwietnia 2009
pokolenie migających słoneczek

Mieliśmy ostatnio z B. dyskusję o lenistwie "komunikacyjno-więziowo-międzyludzkim" naszego pokolenia. Tak sobie szliśmy przez miasto nocą i, niewiadomo czy to pustka wokół, czy jakieś inne bodźce o wartości ujemnej prawdopodobnie, sprowokowały nas do tychże rozważań.

Otóż, że pokolenie nasze rozrzucone po świecie, pozbawione jest możliwości bezpośredniego kontaktowania się z bliskimi i przyjaciółmi, a przeto skazane na osłabienie więzi, nowością dla nikogo nie jest. Jednocześnie nie jest nią również fakt, że epoka w której przyszło się nam urodzić i żywot swój pędzić, jak żadna inna, daje nam niezliczone środki/narzędzia pozwalające z łatwością utrzymywać komunikację, nawet w warunkach trudnych i niesprzyjających. Dlaczego więc, dysponując takimi możliwościami, wciąż narzekamy na postępujący deficyt kontaktów tzw. międzyludzkich?

Nie jesteśmy przecież pierwszym, ani jedynym migrująco-rozpierzchniętym pokoleniem w dziejach świata, a komunikacja od zarania odbywała się przez media maści różnorakiej, takie jak telefon czy list chociażby. Nie o zapośredniczenie więc, widać chodzi, tylko o brak tego, co pośredniczeniu miałoby podlegać. Bo nie na niedosyt kontaktów twarzą w twarz się skarżymy przecież, tylko na brak komunikacji jakiejkolwiek w ogóle, chociaż jeszcze nigdy nie było o nią tak łatwo.

Pomijając narzędzie tak archaiczne jak telefon - komórkowy nawet - mamy do dyspozycji e-mail, Skype'a, Gadu-Gadu, Naszą-Klasę, MySpace, Facebooka, żeby wspomnieć tylko te najbardziej znane. Można by powiedzieć właściwie, że ze wszystkimi jesteśmy w kontakcie bezustannym. W rzeczywistości jest to jednak raczej złudzenie kontaktu. Wydaje nam się, że utrzymujemy z kimś znajomość, kiedy jego nazwisko pojawia się pod etykietką "Przyjaciele" na naszym profilu. Jesteśmy na bieżąco ze wszystkimi wydarzeniami w życiu wszystkich, bo z niebywałą dokładnością informują nas o nich regularnie zamieszczane przez naszych znajomych zdjęcia i opisy.

Śluby, urodziny, wakacyjne destynacje, przyjścia na świat niemowląt, weekendowe imprezy, rozpady związków, a nawet stany emocjonalne i pogrzeby - o wszystkim tym dowiadujemy się samorzutnie i z przydziału. Dlatego w stosunkach międzyludzkich stajemy się coraz bardziej bierni. Rozleniwiamy się. Zaczynamy wierzyć, że złudzenie znajomości jest nią samą i po pewnym czasie zaczyna nam ono wystarczać. Jest wygodne, bo nie musimy wykazywać żadnej inicjatywy, żeby je "utrzymać przy życiu". Do tego stopnia, że nawet wykonanie telefonu czy wysłanie e-maila staje się problemem.

Gwarancją, że nasz przyjaciel żyje i ma się dobrze jest przecież słoneczko migające do nas na żółto z GG.

piksel

poniedziałek, 16 marca 2009
granice człowieka

Miałam unikać tematów trudnych, ale...

Powiedzmy sobie, że medycyna jest obecnie w stanie podtrzymywać przy życiu ludzkie ciało pozbawione głowy. Czy to znaczy, że powinniśmy to robić? Albo czy jeżeli jakieś organy człowieka, który zginął, mogą jeszcze funkcjonować, gdy się je sztucznie stymuluje do pracy, to powinniśmy je otoczyć domową opieką i nadal nazywać Mamą bądź Krzysztofem? Może posuwam się do ekstremów, ale - bądźmy szczerzy - technicznie to nie jest już wcale science-fiction.

A jeśli 40-letni mężczyzna od 24 lat, a więc przez większą część swojego "życia", znajduje się w śpiączce, jego mózg (poza rdzeniową częścią, odpowiedzialną za elementarne i nieświadome procesy życiowe) nie funkcjonuje, jeżeli człowiek ten jest pozbawiony wszelkich procesów myślowych, żadnym zmysłem nie odbiera otaczającego go świata i nie może być mowy o jakichkolwiek, choćby częściowo uświadomionych czynnościach jego organizmu, to czy powinniśmy jego ciało stymulować do działania tylko dlatego, że technicznie mamy takie możliwości? I czy jedyną przesłanką, by wciąż go uznawać za żywego, ma być nienaruszona fizyczna konstytucja tegoż ciała?

Ja wiem, zaraz mi ktoś przypomni o tych, co po wielu latach "powracali z martwych". Dobrze, powracali, ale nie kiedy ich mózg został trwale i nieodwracalnie uszkodzony w wyniku ciężkich powikłań po odrze. W takim wypadku nie ma najmniejszej szansy, że się on w jakiś cudowny sposób odbuduje, po prostu jako organ jest permanentnie zniszczony. Ten człowiek się nie obudzi!

Przez niemal ćwierć wieku jego los, ani los jego umęczonej matki nikogo nie obchodziły, a wystarczyła jedna wzmianka o eutanazji, by zewsząd odezwały się głosy grzmiące groźbą potępienia i ogni piekielnych. Bo jak to tak można? Uśmiercić? Zabić? Zgroza i barbarzyństwo!

A ja mówię: Ten człowiek już nie żyje. Ponad połowę swojej egzystencji spędził martwy i barbarzyństwem jest niezaprzestanie maltretowania jego ciała.

czwartek, 05 marca 2009
roy

Ja wiem, że to już minęło ponad pół wieku, że to już nie jest avant-garde i modern, a mimo wszystko wciąż tkwię w tym samym zauroczeniu od pierwszego wejrzenia. Mam do niego jakąś słabość, jakąś ogromną sympatię. Nie mogę się nie uśmiechać...

whaam!

Dlaczego Roy Lichtenstein? Nie wiem. Na tym właśnie polega czar tej mojej miłości. Uwielbiam go bardzo subiektywnie, może bardzo bezpodstawnie. Nie dlatego, że był Największym Artystą Swojej Epoki, ani dlatego, że lubię komiksy (wręcz przeciwnie, niecierpię, z nielicznymi wyjątkami), po prostu zachwyca mnie pomysł i poczucie humoru. Dla mnie jego twórczość to przede wszystkim świetny żart. Podnosząc do rangi dzieła sztuki produkt tak banalny i masowy jak amerykański komiks, robi nas wszystkich w konia, wytrąca z równowagi. Zaczynamy się gubić w naszym dotychczasowym, jakże oczywistym osądzie na temat tego, co sztuką jest, a co nie jest. Mieliśmy dotąd bezpieczne i jasno wyznaczone granice, a tu nagle taki komiks w galerii. I to w rozmiarze monumentalnym, na jaki bez wątpienia tylko Dzieło Wybitne zasługuje.

drawning girl

Lichtenstein udowadnia, że może te granice nie tylko bezkarnie w dowolnym miejscu przekraczać, może je również przesuwać zgodnie ze swoim upodobaniem. W zasadzie może je nawet znieść zupełnie, pozostawiając nas na lodzie bez oparcia, jakim do tej pory służyło rozgraniczenie między sztuką wysoką i kulturą niską, masową, popularną, czyli życiem, jakim je wszyscy znamy. Artysta może więc czerpać zewsząd, zarówno z górnej półki Biblioteki Aleksandryjskiej, jak i z najniższej półki hipermarketu, bo wszystkie sfery współczesnego życia są tak sobą nawzajem przesiąknięte, że zamiast zastanawiać się, gdzie przebiegają granice, powinno się raczej zastanawiać, czy w ogóle jest sens o nie pytać.

kisses

I wiem, że Lichtenstein nie był pierwszym, ani jedynym, że nie odkrył, nomen omen, Ameryki, ale właśnie jego sposób, jak żaden inny do mnie trafia i nic na to nie poradzę. Zakochałam się wiele lat temu, w toku bolesnych, acz przyjemnych (bo ja chyba trochę jestem masochistką) przygotowań do egzaminu z historii sztuki i od tamtego czasu trwa to "fatalne" zauroczenie. Bo czy go oglądałam w wiedeńskim muzeum, na MoMA w Berlinie czy na czarno-białej, rozmazanej reprodukcji w podręczniku, nie mogłam się nie uśmiechać...

crak

wtorek, 24 lutego 2009
kobieta niemożliwa

Ideał piękna - pojęcie tak zmienne i nietrwałe, że nie sposób o nim mówić, nie sprecyzowawszy dokładnie czasu i miejsca. Z szerszej (głębszej?) perspektywy kanony urody, to zjawiska chwilowe, często też lokalne, bo co się podoba w jednej części świata, niekoniecznie również w innej uchodzi za ładne. Jednakże kanon to kanon i jak na niego przystało, jakieś ogólne trendy wyznaczać musi.

wenusNajstarszy ideał kobiecej urody znamy dzięki przedstawieniu paleolitycznego artysty. Jak się taki kanon ukształtował, łatwo się domyślić. Zgodnie z zasadą, że piękne jest to, co dla nas ważne, na pierwszy rzut oka widać, czym kierował się ówczesny mężczyzna poszukujący doskonałej wybranki. Przede wszystkim doceniał cechy świadczące o płodności i zdolności do macierzyństwa. Piękne były więc szerokie biodra ułatwiające poród i pośladki z zapasem tłuszczu wystarczającym, by w trudnych warunkach braku pożywienia donosić ciążę. Piękne były też obfite piersi zdolne do wykarmienia często pojawiającego się potomstwa. Ogólnie urody dodawała zwarta, grubokoścista sylwetka, czyniąca kobietę silną i wytrzymałą na trudy podróży oraz codziennego zmagania się ze światem. Wszystko to takie oczywiste, aż chciałoby się powiedzieć: naturalne. Warto też dodać, że twórca w ogóle nie obdarzył swojej Wenus twarzą. Ważne, że dziewoja na szkwał - cóż, że jedno oko na Maroko, a drugie na Teksas?

Czas płynął, priorytety się zmieniały, zmieniła się też piękność doskonała. Radykalnie odmienny kanon urody zafundowało nam średniowiecze, kiedy to kobieta stała się niewiastą, białogłową, "puchem marnym i wietrzną istotą". Waga przeniosła się z przymiotów cielesno-użytkowych na przymioty ducha, których jak wiadomo, płeć z gruntu zepsuta nie mogła się nauczyć, mogła je sobie jednak wymodlić w samotności i odcięciu od uciech tego świata. Tak więc najpiękniejsze były teraz kobiety blade i delikatne, co wskazywało, iż kontakt z ziemskim padołem ograniczają do niezbędnego minimum. W sylwetce swojej stały się one podobne bezpłciowym aniołom, a wszelkie atrybuty damskiej fizjonomii, - nieuniknoną spuściznę grzesznej Ewy - skrzętnie tuszowały odpowiednim strojem. Pozbawione biustu i bioder, o białej, niemal przejrzystej skórze i dłoniach mogących utrzymać ciężar nie większy niż lutnia, kobiety zmieniły się w eteryczne, niezdolne samodzielnie funkcjonować istoty. Takimi je czcili rycerze i bardowie, takich poszukiwali dam serca, co jednak nie wadziło kontentowaniu się cielesno-użytkowymi przymiotami gminnych dziew.

kobieta średniowieczna

Najbardziej intrygujący jest jednak współczesny euro-atlantycki kanon kobiecego piękna. Nasza cywilizacja, chyba jako jedyna, wykształciła bowiem ideał kobiety, która w naturze nie istnieje i zaistnieć raczej nie może. Musi być ona smukła i gibka, o bardzo wąskiej talii, długich nogach i szyi. Tłuszczowe odłogi czy fałdy w żadnym wypadku nie są dopuszczalne. Ciało winno być spowite twardą, niefalującą tkanką mięśniową (dozwolone jest falowanie tylko partykularnych części), gładkie, opalone bez względu na klimat i porę roku oraz pozbawione wszelkich symptomów owłosienia z wyjątkiem głowy. Jednocześnie kobieta perfekcyjna posiadać musi miękkie, krągłe pośladki i biust w rozmiarze uniemożliwiającym kręgosłupowi utrzymanie postawy wyprostowanej, co ewidentnie kłóci się jednak z wymogiem sportowej muskulatury i braku tkanki tłuszczowej. Dodatkowo biust ten nie powinien zdradzać jakichkolwiek oznak karmienia czy sflaczenia (nawet pod własnym ciężarem), lecz dzielnie opierać się sile grawitacji. Do tego jeszcze twarz o regularnych rysach, nieskazitelnej cerze bez zmarszczek mimicznych i cieni pod zmęczonymi oczami oraz pełne, naturalnie uśmiechnięte usta. Voila!

Kto i w oparciu o co stworzył taki kanon urody, trudno teraz dociec. Istotne, że na trwałe skrzywił on postrzeganie samych siebie przez kobiety naszego kręgu kulturowego. W mniejszym, bądź większym stopniu wszystkie dążymy do nieosiągalnego ideału, często zupełnie nieświadome, że doskonałe kobiety patrzące na nas z czasopism, telewizorów i billboardów tak naprawdę nie istnieją. Są tylko symulakrami, znakami bez odniesień stworzonymi, by symulować nierzeczywiste.

niedziela, 11 stycznia 2009
by język giętki...

"Dzisiaj na lejtszifcie mieliśmy strasznie bizi, tylu kastomerów, że nie nadążaliśmy czardżować. I w dodatku jeszcze te komplejny. Jutro chyba zadzwonię na sika. Mówię ci, czas szukać nowego dżoba. Moja koleżanka, ta co jest od niedawna w Jukeju, zaczynała jako hałskiperka, a teraz pracuje w ofisie i jest bardzo hepi. W sumie też bym tam była okej. Na razie idę na szoping, tylko jeszcze wpadnę do kansilu wypełnić jedną formę. To do zobaczenia wieczorem na stafparty."

* * *

Naprawdę bardzo bym chciała, żeby to był żart. Niestety nie jest. Nie ma w tym nawet przesady, żadnej literackiej hiperboli. Bo wbrew temu, do czego swoim dziwacznym zachowaniem próbuje przekonywać niewielka, na szczęście, grupa emigracyjnych snobów, żyjąc na Wyspach nie nabywa się "błytyjsky'ego aksętu" i nadal umie się wymawiać "Rrr". Problem leży zupełnie gdzie indziej i nazywa się Ponglish.

Ponglish wziął się pewnie ze zwykłego niedbalstwa, z językowego pójścia na skróty i na łatwiznę. Jak powszechnie wiadomo każda komunikacja dąży do swoistej ekonomii i nie można mieć za złe użytkownikom języka, że formułują swoje wypowiedzi w sposób najprostszy do wyrażenia dla siebie i do zrozumienia dla odbiorcy. Mówimy przecież językami żywymi, co oznacza, że podlegają one ciągłym zmianom takim, żeby komunikować się nam było coraz łatwiej. I o to chodzi. Co jednak, gdy zdania, które wypowiadamy nie są poprawne w żadnym z istniejących języków?

Powiedzmy sobie szczerze, że wypowiedzi w Ponglish nie rozmieją ani Brytyjczycy, ani nieprzebywający w Wielkiej Brytanii Polacy, a często również dla tych na emigracji nie są one w pełni zrozumiałe. Ja się przyznaję, że nie zawsze jestem pewna, co moi rodacy usiłują mi przekazać, co nie znaczy, że moja polszczyzna pozostała kryształowo czysta. I chociaż staram się zawsze mówić tylko jednym językiem na raz, to i tak zwykle na pytanie: "Jak w pracy?" odpowiadam: "Busy", bo opisanie tego stanu rzeczy po polsku wymaga użycia conajmniej zdania wielokrotnie złożonego. Nadal jednak potrafię je skonstruować, podczas gdy dla dzieci moich znajomych Ponglish to jedyny język, jaki znają.

niedziela, 04 stycznia 2009
ja - kobieta wyzwolona

Shadi 1 shadi 2

shadi 3 shadi 4

fot. S. Ghadirian

niedziela, 28 grudnia 2008
o wartościach, cenach i celach

Dojrzałam chyba (czas najwyższy?) i zaczęłam sobie zadawać pytanie, czego chcę od życia. I czego od niego nie chcę, bo to równie ważne. Odpowiedzi powoli i w bólach rodzą się w mojej głowie, jeszcze niewyraźnie, jeszcze słabo skoordynowane, ale już wydają pierwsze stanowcze krzyki.

Przede wszystkim nie chcę zbędnych rzeczy. Nie chcę nowego telefonu, póki stary działa, ani nowego telewizora, bo jest większy. Nie chcę kupować ubrań tylko dlatego, że są o połowę przecenione i mogą się kiedyś przydać. Nie chcę też kupować czteropaku, kiedy potrzebuję jednej sztuki, chociaż cena jest taka sama (albo niższa za czteropak). Nie chcę się rozchorować na gorączkę posiadania, a to jest bardzo zaraźliwe. Przenosi się przez powietrze, przez pory skóry wnika do krwioobiegu, a potem prosto do mózgu. Albo przez gałki oczne, gdzie dostaje się tysiącem kolorów i świateł wystawowych okien czy billboardów. Trzeba bardzo uważać, bo kontaktu z zarażonymi nie sposób uniknąć.

Nie chcę też dłużej sprzedawać swoich emocji. Dwa lata pracy w hotelarstwie wystarczająco uszkodziły już moją psychikę. Nie potrafię wtłoczyć w swój umysł zasady, że ktoś ma rację, bo ma pieniądze, że ma prawo mnie zgnoić, bo jestem akurat pod ręką, a jemu się nie powiódł business meeting albo miał przedwczesny wytrysk zeszłej nocy. A ja co mogę? Mogę go bardzo przeprosić i zaproponować darmową butelkę szampana. I nie zapominać się przy tym uśmiechać. Uśmiechać się należy cały czas, bez względu na okoliczności. Czy umrze ci pies, czy masz atak wyrostka, masz się szczerzyć i być przekonujący. Nie masz też świąt i wolnych weekendów, bo jak wszyscy świętują, ty pracujesz jak zwykle, tylko ciężej. Wkrótce wszystkie dni w roku i w życiu stają się takie same, a obrzędy tracą znaczenie. Tak więc, jeśli celem twego życia jest uszczęśliwianie bogatych, rozpieszczonych ludzi, którzy mają wszystko i nie masz przy tym problemów z wyzbyciem się własnej godności, to szukamy właśnie ciebie. Ja się nie nadaję.

Wreszcie nie chcę po sobie pozostawiać śladu, namalować obrazu, wydać tomiku wierszy, urodzić przyszłego noblisty. Nie chcę by moje nazwisko zostało zapisane złotymi zgłoskami w księdze tego świata, ani żeby odcisnęło się wielką śmieciową pieczęcią moich dóbr i własności na ledwie oddychającym ciele tej planety. Chcę żyć dla siebie, nie dla potomnych. Doświadczać swojego czasu intensywnie i z namaszczeniem, chłonąć świat każdym nerwem, każdą komórką ciała. Wydrzeć mu tyle barw, smaków, dźwięków i zapachów, ile tylko się da, a potem odejść. I tylko czuć, że się w zamian zrobiło coś na czym nie ma etykietki z inicjałami.

I nie żałować niczego.

niedziela, 21 grudnia 2008
ewangelia

B. został wyznawcą nowej religii. Mamy teraz w domu ołtarzyk z 22-calowym tabernakulum, jednym z takich, gdzie bezustannie pali się czerwone światełko czuwania i obecności a jaśniejące emblematy IHS czy XBOX przypominają wiernym o ich powinnościach. Codzienne nabożeństwa, jakie B. odprawia, wymagają od niego skupienia i odcięcia się od spraw doczesnego świata. Pogrążony wtedy w pięknie wyzłacanych ikon, perfekcji pikselowych mozaik, godzinami oddaje się niezrozumiałym dla apostatów czynnościom rytualnym, które w jego wierzeniu - poprzez kolejne kręgi wtajemniczenia - wiodą do doskonałości.

xboxl ogo

Ja nie wierzę. Genetyczny sceptycyzm nakazuje mi przyglądać się praktykom religijnym z bezpiecznego dystansu. Obserwuję więc B. zza oparcia jego fotela-klęcznika z nadzieją, że to tylko chwilowa fascynacja, nie uzależnienie od cyfrowego opium dla mas.

 
1 , 2
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31