Kategorie: Wszystkie | chleb powszedni | drzazgi w oku
RSS
sobota, 22 stycznia 2011
wondertoonel

wondertoonel

Mark Ryden, Sophia's Mercurial Waters, 2001

Moje ostatnie znalezisko nazywa się Mark Ryden i jestem tym znaleziskiem absolutnie urzeczona.

Obrazy Rydena są trochę surrealisyczne, trochę klasyczne, trochę straszne i magiczne. Przede wszystkim są jednak bardzo, bardzo nostalgiczne. Aż cieknie z nich tęsknota za zawieruszonym gdzieś światem z dzieciństwa, za rzeczywistością widzianą oczyma niezaślepionymi  jeszcze przez konwencje, widzącymi dusze zabawek i sekretne życie rzeczy nieożywionych.

wondertoonel

Mark Ryden, The Ecstacy of Cecelia, 1998

wondertoonel

Mark Ryden, Fetal Trapping in Northern California, 2006

wondertoonel wondertoonel

Mark Ryden, Blood, 2005   Mark Ryden, The Creatrix, 2005

Dziecięca wyobraźnia pożywia się atmosferą zaczarowanych krain cyrków, pchlich targów, telewizji, kościołów, muzeów historii naturalnej i sklepów ze słodyczami. Skłonna jest syntetyzować raczej, niż analizować i ma święte prawo do materializowania się na płótnie, bo nie ograniczają jej jeszcze sztywne ramy tego co wypada i tego co wiadomo. Właśnie to nieskrępowanie pozwala przedstawiać na dziecięcych rysunkach naturalny stan rzeczy, którego zdolność widzenia tracimy wraz z dorastaniem. Współczesne społeczeństwo traktuje bowiem wyobraźnię jako tymczasowy przymiot dzieciństwa i tylko w tym stadium życia pozwala jej się swobodnie realizować.

Dojrzałość stoi, według Rydena, w opozycji do natury. Dorosłość jest dla niego barierą, która musi zostać przekroczona, a nawet przełamana, żeby przedmioty i postaci w naturalny sposób domagające się bycia namalowanymi, mogły szeptać do ucha artysty i wieść go rękę.

wondertoonel

Mark Ryden, The Birth, 1994

wondertoonel

Mark Ryden, Snow White, 1997

wondertoonel

Mark Ryden, The Butcher Bunny, 2000

Szczególnym zainteresowaniem Ryden obdarza mięso. Po pierwsze, z przyczyn czysto wizualnych, gdyż jak sam mówi, fascynuje go sama fizyczna struktura mięsa, jego rozliczne wzory i faktury, które czynią je estetycznie pociągającym przedmiotem sztuki. Po drugie, ponieważ zastanawiają go granice między duszą a ciałem/mięsem w człowieku, między żywą istotą a pokarmem/mięsem w zwierzęciu, między chrześcijańskim symbolicznym obrządkiem komunii a drastycznym rytuałem dosłownego konsumowania ciała bóstwa/człowieka/zwierzęcia. Biblijny werset: „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, oto ciało moje” otwiera przed artystą nieskończone możliwości mniej lub bardziej dosłownych, a tym samym niekiedy przerażających reinterpretacji.

wondertoonel

Mark Ryden, The Angel of Meat, 1998

Strona z pracami Marka Rydena: www.markryden.com

sobota, 23 października 2010
życie na szali... petriego

W Polsce na tapecie in vitro. Jedni będą głosować zgodnie ze swoim sumieniem, drudzy będą orzekać, czy sumienie to jest właściwe i w razie czego ekskomunikować. Ci sami, co nie tak dawno czuli się absolutnie nieuprawnieni do ingerencji w politykę w sprawie krzyża, teraz okazują się jak najbardziej kompetentni, a nawet zobowiązani do forsowania swojego absurdalnego stanowiska w sprawie, która w najmniejszym stopniu nie powinna być przedmiotem ich zainteresowania.

W szerokim świecie podobne klimaty. Kościół się obraził za Nobla dla twórcy in vitro, uważając go za kogoś w typie masowego mordercy, mimo, że dzięki niemu na świat przyszło jakieś cztery miliony dzieci, które w innym wypadku nigdy nie miałyby szansy się urodzić. Powód? Kościół jest za ŻYCIEM.

jesus and mo

Mówiąc "za życiem" mamy oczywiście na myśli życie ludzkie, bo życie tylko jednego gatunku kościół katolicki uznaje za warte uwagi i ochrony. Pokrętne, natomiast, rozumienie tego, co życiem takim (ludzkim) jest, a co nie jest, opiera na abstrakcyjnym "argumencie duszy". Człowiek jest człowiekiem od chwili poczęcia, bo w tymże właśnie doniosłym momencie Pan Bóg wszczepia mu duszę. Argumentacja kompletna i nie do obalenia. Amen.

Tak się zastanawiam, czy w swojej pseudonaukowej dociekliwości poznawczej na temat poczęcia kościelni scholastycy zdają sobie sprawę, że ponad 50% ciąży kończy się tzw. mikroporonieniem, czyli wydaleniem zapłodnionej komórki jajowej (wraz z duszą?) w czasie menstruacji, zanim kobieta w ogóle zacznie sobie zdawać sprawę, iż oto nosi w łonie życie poczęte. Zbitek wydalonych z organizmu komórek (dziecko?) ma wtedy około dwóch tygodni, a więc jest znacznie starszy i bardziej rozwinięty, niż kilkudniowa zygota, którą umieszcza się w macicy w procesie zapłodnienia in vitro. Dlaczego w takim razie kościół nie optuje za comiesięcznym kolekcjonowaniem zużytych tamponów i podpasek w celu wyprawienia im katolickiego pogrzebu? Przecież według jego nauki, potencjalnie - i to aż w połowie przypadków - znajduje się w nich martwa istota ludzka i jej skazana na wieczne błąkanie się po przedpieklu, nieochrzczona dusza. Dlaczego nie chrzci się i nie grzebie w obrządku katolickim nawet kilkumiesięcznych poronionych płodów?

Doskonale wpisuje się w tę dyskusję o potencji bycia człowiekiem i posiadania duszy (choć nie dotyczy bezpośrednio in vitro, a badań na komórkach macierzystych), poniższe wystąpienie Sama Harrisa, któremu ustawicznie grozi się nie tylko banalną ekskomuniką, ale również śmiercią. Wszystko w obronie życia oczywiście!

poniedziałek, 28 czerwca 2010
rowerem i strzelbą

Na fali wakacyjnego nastroju, ale także kilkumisięcznej już fascynacji, wywołanej zobaczoną przez przypadek tablicą pamiątkową na dworcu głównym w Poznaniu, sięgnęłam po "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" Kazimierza Nowaka.

Dla niezorientowanych (do których sama nie należę dopiero od niedawna) Poznaniak Kazimierz Nowak w latach 1931-36, jako pierwszy człowiek na świecie, przebył kontynent afrykański w tę i na zad rowerem tudzież pieszo, konno, czółnem lub na wielbłądzie, w każdym razie bez użycia samochodu. Jego wyprawa nie otrzymała żadnego wsparcia organizacyjnego czy finansowego (poza wysyłanymi do Afryki dętkami Stomilu) i została zupełnie niemal zapomniana. Szczęściem, Nowak rasowym dziennikarzem będąc, przywiózł ze sobą do kraju tysiące zdjęć i stosy zapisków, z których to kilka lat temu złożono wspomniany wolumin. Promocją książki zajął się sam Kapuściński, opiewając szczerość i trafność perspektywy samotnego podróżnika-obserwatora-włóczęgi oraz krytyczny obraz kolonialnej Afryki, jakiego dotąd nie znaliśmy.

nowak

Muszę jednak powiedzieć, że moje podniecenie całą sprawą, swój szczytowy punkt miało w momencie otrzymania przesyłki z książką, a potem z każdą kolejną stroną i rozdziałem stygło, przeradzając się pod koniec w antypatię do samego autora-bohatera wyprawy i książki zarazem.

Przede wszystkim trudno ten rzeczywisty "obraz Afryki" wyłuskać spośród kwieciście lirycznych opisów przyrody i stanów emocjonalnych Kazimierza, które to opisy z czasem ewoluują w peany samouwielbienia dla niezłomności woli, hartu ducha i ogólnej zajebistości osoby Nowaka.

Po drugie nowakowa krytyka polityki kolonialnej wydaje się wynikać głównie z niechęci do uiszczania podatków, ceł i opłat administracyjnych, które przecież w "cywilizowanej" Europie nie podlegają dyskusji, w Afryce zaś stają się gwałtem na wszelkiej przyzwoitości. Podobnie ambiwalentny stosunek podróżnik wykazuje zresztą wobec wyzysku miejscowej ludności, który to proceder uważa za jednoznacznie zły i karygodny w wykonaniu zaborczych państw kolonialnych, podczas gdy staje się on absolutnie usprawiedliwiony (a nawet w ogóle nie kwalifikujący się jako wyzysk), kiedy grożąc bronią, wymusza w wioskach żywność i wodę oraz nieodpłatną pracę tragarską.

Ponadto, wrażliwy na krzywdę tak ludzi, jak i innych stworzeń, Nowak ubolewa nad drastycznie malejącą liczbą wolno hasających po sawannach zwierząt afrykańskich i potępia bezmyślnie dokonowane przez białych myśliwych rzezie, sam jednak z wielką chęcią sięga po strzelbę, ilekroć coś poruszy się w zasięgu wzroku, po czym dumnie fotografuje się ze zwłokami wszystkich niemal występujących w Afryce gatunków.

Wreszcie rażący jest brak kompetencji antropologicznej "badacza" i jego stosunek do opisywanej ludności. Każdy czarnoskóry człowiek jest dla niego po prostu "Murzynem", bez względu na pochodzenie i przynależność etniczną. Każdy "Murzyn" jest z natury leniwy (nawet ten strugający Nowakowi łódkę i ten reperujący mu rower), głupi (bo za swoją pensję kupuje plastikową biżuterię zamiast założyć sobie lokatę w banku) i żarłoczny (bo odmawia ciężkiej, wielodniowej pracy za głodową rację żywnościową), a jego japońskiej produkcji ubrania są tandentne i nigdy nie prane. Wszystkie niepowodzenia mieszkańców Afryki są przy tym spowodowane ich ciemnotą, pogaństwem i wrodzoną nienawiścią do pracy (podobnie zresztą, według Nowaka, nienawidzą pracy wszyscy muzułmanie).

Generalnie, o ile sama pionierska, jak by nie patrzeć, wyprawa Kazimierza Nowaka zdecydowanie nie powinna była czekać na rozgłos przeszło 70 lat, o tyle wiele z entuzjazmu wobec tego niecodziennego wyczynu bezpowrotnie pryska po lekturze książki, której obiektywizm i kulturoznawcza naukowość dorównują niemal "W pustyni i w puszczy".

nowak

niedziela, 02 maja 2010
niech cię zobaczą

Tak więc Belgia została pierwszym krajem w Europie, który ustawowo zakazał zasłaniania twarzy w miejscach publicznych. W założeniu chodzi o walkę z terroryzmem, w praktyce wiadomo jednak, że ustawa wymierzona jest właściwie tylko w muzułmanki, gdyż przeciętny Belg / Belgijka zazwyczaj nie chodzi na co dzień w prześcieradle czy masce. No, może za wyjątkiem karnawału, który został objęty ustawową dyspensą. Belgijski rząd musiał uznać widocznie, że niemożliwe jest zorganizowanie zamachu terrorystycznego, gdy wśród hałasu i zamieszania tłumy zamaskowanych ludzi wylegają na ulice najbardziej kluczowych części miast, a uwaga policji i innych służb zaprzątnięta jest dbaniem o to, by podchmieleni przebierańcy nie pozabijali się nawzajem.

Odnoszę wrażenie, że rządowa dbałość o bezpieczeństwo obywateli dryfuje w coraz bardziej zatrważającym kierunku. Wszyscy pamiętamy, jak na fali 9/11 zaczęto nam po macierzyńsku tłumaczyć, iż dla naszego własnego dobra musimy się wyzbyć części swoich praw. Jak daleko można się jednak posunąć w ograniczaniu swobód obywatelskich w imię obrony bezpieczeństwa? Czy to naprawdę musi być gra o stawce zero - coś kosztem czegoś? Jak daleko jeszcze zaniesie nas ta paranoiczna fala?

Problem belgijskiej ustawy jest o tyle poważny, że nie chodzi tu o zwykłe wymuszenie na obywatelach zgody na bycie filmowym w czasie zakupów czy fotografowanym na lotnisku, ale o ograniczenie zapewnionej w konstytucji i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka swobody wyznania.

O ile jestem zdeklarowaną zwolenniczką neutralności państwa i usuwania symboli religijnych z urzędów państwowych (np. krzyży ze szkół), o tyle sądzę, że nie wolno nam tych samych symboli usuwać siłą z szyi, głów czy innych części ciała poszczególnych osób. Musimy wreszcie zrozumieć, że neutralne światopoglądowo państwo nigdy nie będzie składać się z neutralnych światopoglądowo ludzi (jak by tego chciała np. skrzywiona neutralnościowo Francja). Nie na tym neutralność państwa polega. Nie powinna ona oznaczać niczego ponad zwyczajną bezstronność, a więc nieopowiadanie się za żadnym ze światopoglądów / religii / filozofii, a co za tym idzie zagwarantowanie wszystkim, bez wyjątku, tych samych praw.

Jak widać, w Belgii od przedwczoraj wszyscy - chcą czy nie chcą - mają takie samo prawo chodzić po ulicach z odsłoniętą twarzą...

poniedziałek, 19 kwietnia 2010
a imię jego czterdzieści i cztery

Skończyła się żałoba narodowa. Można teraz głośniej mówić, nawet śpiewać. Wypada już na powrót interesować się światem. Bo może trudno w to uwierzyć, ale Ziemia poza Polską kręciła się przez ten tydzień swoim starym rytmem, choć media tak konsekwentnie zapominały nas o tym informować.

Kto by się jednak przejmował 2000 zabitych w trzęsieniu ziemi Tybetańczyków, 45 ofiarami zamachów bombowych w pakistańskim obozie dla uchodźców, kilkudziesięcioma cywilami zamordowanymi na ulicach przez tajską policję, skoro to i tak polskie losy ostatecznie wpłyną na przyszłe dzieje świata? Ofiara bowiem z życia 96 Polaków(-ek) nie może nie mieć znaczenia mistycznego, nie może nie posiadać sensu zapisanego ognistymi literami w Boskiej Księdze Przeznaczenia. Polska delegacja nie mogła przecież po prostu lecieć na obchody 70-tej rocznicy zbrodni w Katyniu i zginąć w katastrofie lotniczej. To Ziemia Katyńska po raz kolejny upomniała się o krew polskich elit, wyciągając swe przeklęte macki po tych, co to "w najszlechetniejszej z możliwych misji". Katyń 1940-2010 - co to właściwie znaczy?

Dla Polski samolubnie upojonej euforyczną rozpaczą świat przestaje istnieć, bo jest przyziemny i zwykły, nie ma żadnych dodanych znaczeń i nie przypina mu się lśniących symboli. A skoro tak, to po co nam mają media zawracać nim głowę, gdy my przeżywamy głęboko dramat nasz odwieczny wciąż od nowa.

Może już czas przestać uczyć dzieci, że Polska Mesjaszem Narodów?

czwartek, 18 marca 2010
gabinet osobliwości madame arbus

Andy Warhol pisał o niej, że wyprzedziła swój czas. Susan Sontag, - że aparat fotograficzny stanowił dla niej paszport przy przekraczaniu granic moralnych i społecznych zakazów. Norman Mailer stwierdził natomiast prostolinijnie, że podarowanie Diane Arbus aparatu było jak włożenie odbezpieczonego granatu w ręce dziecka.

Chłopiec z granatem

Diane Arbus, Child with a Toy Hand Grenade in Central Park, 1962

Dla mnie okrutna szczerość Arbus w ukazywaniu prawdy o fotografowanych osobach, jej celowa bezwzględność w stawianiu widza twarzą w twarz z brzydotą, ułomnością i nierzadko trudną do zaakceptowania odmiennością drugiego człowieka, który żyje przecież tuż obok, jak również specyficzne upodobanie do portretowania kalek, cyrkowych dziwolągów, karłów, transwestytów, prostytutek czy umysłowo chorych (czyli tych wszystkich, którzy znajdują się daleko poza marginesem zazwyczaj uwiecznianego na fotografiach świata), nasuwa nieodparte skojarzenie z Velazquezem. "Zbyt prawdziwe!" - skomentował swój własny portret autorstwa don Diega papież Innocenty X i to samo chciałoby się powiedzieć o obrazach Arbus.

Puerto Rican Woman

Diane Arbus, Puerto Rican Woman with Beauty Mark, 1965

A Young Man with Curlers

Diane Arbus, A Young Man with Curlers at Home on West 20th Street, 1966

Szpital dla umysłowo chorych

Diane Arbus, Untitled, 1970-71

Podobnie jak u Velazqueza, przedstawiane przez Arbus osoby są doskonale świadome bycia portretowanymi. Nie odczuwają jednak wstydu z powodu swoich niedoskonałości, ani potrzeby ukrycia swej inności (wyjątkowości?) przed obnażającym spojrzeniem fotografki. Niekiedy przesadnie wręcz pozują, ustawiając się sztywno w centrum kadru. Innym razem tak zuchwale bądź dumnie wpatrują się w obiektyw aparatu, że to widz zmuszony jest ze wstydem opuścić wzrok (jak w przypadku meksykańskiego karła, który uporczywie przywodzi mi na myśl don Sebastiana de Morra).

Mexican Dwarf

Diane Arbus, Mexican Dwarf in his Hotel Room, 1970

Tattooed Man

Diane Arbus, Tattooed Man at a Carnival, 1970

Arbus bezceremonialnie (lecz za przyzwoleniem) wkracza też w najbardziej intymne sfery życia swoich modeli i - co warto zaznaczyć - nie jest to rodzaj intymności powszechnie akceptowanej w jej czasach (podobnie jak zresztą w naszych). Uwiecznia więc pary homoseksualne w zaciszu ich sypialni, nudystów, prostytutki przygotowujące się do pracy czy transseksualistów i drag queens w ich garderobach. Żadna z tych osób nie ma nic do ukrycia, ale i żadna nie jest szczególnie prowokacyjna, nie epatuje erotyzmem, nie próbuje szokować. Jedyny wniosek, jaki - za Susan Sontag - można wysnuć z tych zdjęć jest taki, że zwyczajnie "Ludzkość to nie jedno".

Two Friends

Diane Arbus, Two Friends at Home, 1965

Retired

Diane Arbus, Retired Man and his Wife at Home in a Nudist Camp One Morning, 1963

Hermafrodyta z psem

Diane Arbus, Hermaphrodite and Dog in Carnival, 1970

Wystawa fotografii Diane Arbus w edynburskiej Dean Gallery potrwa od 13 marca do 13 czerwca 2010 (www.nationalgalleries.org).

Twins

Diane Arbus, Identical Twins, Roselle, 1967

poniedziałek, 01 marca 2010
zabijać, nie filmować?

W toku przygotowań do zaliczenia z prawa mediów, natchniona kwestią wolności wypowiedzi, zbłądziłam do Kroniki Wypadków Cenzorskich Indeksu 73 (bo była ciekawa i trochę nie na temat). Na wstępie zaatakowała mnie oczywiście odwiecznie problematyczna Kozyra i mimo, że to już setny raz, skłoniła do refleksji. A w zasadzie, jedno zdanie odnośnie "Piramidy zwierząt" mnie do niej skłoniło. Mianowicie, iż złożono "zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa z uzasadnieniem, że pokazywanie śmierci konia jest niehumanitarne i uwłacza jego godności, i że film może być lekcją instruktażową dla satanistów". Pomyślałam sobie, że to nagłupsza argumentacja, jaką w życiu słyszałam i że musiała być z góry skazana na porażkę.

piramida zwierzat

Katarzyna Kozyra, Piramida zwierząt, 1993

Żeby zapobiec przedwczesnym wybuchom oburzenia, zaznaczam, że jestem absolutnie przeciwna uśmiercaniu czy maltretowaniu zwierząt w imię Sztuki. "Artysta" głodzący psa w galerii czy inny "Artysta" pławiący w akwarium chomiki po to, żeby uzmysłowić nam prawdę o kondycji ludzkiej, wykraczają dla mnie poza - i tak już mgliste - granice działalności twórczej. Z tej prostej przyczyny, że chomika guzik obchodzi kondycja ludzka i chomik nie ma potrzeby ekspresji poprzez Sztukę. Chomika obchodzi tylko kondycja chomicza, a psa psia, i to one zostają przez te pseudo-artystyczne działania pogwałcone. Że Sztuka wymaga poświęceń, mogłabym się nawet zgodzić, ale co to za poświęcenie, poświęcić kogoś innego?

piramida zwierzat

Katarzyna Kozyra, Piramida zwierząt, 1993

Wracając do zawiadomienia, wygląda na to, że śmierć konia jest ok dopóki się jej nie filmuje. Że niehumanitarne nie jest samo zabijanie, a jedynie epatowanie obrazem jego przebiegu. Jak długo zabija się za zamkniętymi drzwiami, z dala od wrażliwych spojrzeń publiki, tak długo niczyja godność nie jest narażona na szwank. To o kogo tu właściwie chodzi? O konia czy o nas? Czy oburzenie nie wynika często bardziej z faktu, że pokazuje się nam coś, czego nie chcemy oglądać i o czym nie chcielibyśmy myśleć, niż z samego przekonania, że to coś jest moralnie złe? Sposób w jaki zginął koń Kozyry nie różni się przecież niczym od sposobu w jaki każdego dnia uśmiercanych jest tysiące zwierząt w celach przemysłowych. Sfilmowanie tego procesu nie uczyniło go bardziej okrutnym, bardziej bolesnym dla konia, bardziej niehumanitarnym. Jak napisała Kozyra w tekście swojej pracy: "W pierwszym etapie widoczne są jeszcze drgające mięśnie konia, a następnie widoczne są już tylko fragmenty mięsa, które wyglądają dość znajomo i do widoku których ludzie są przyzwyczajeni, wystarczy spojrzeć na haki w sklepie rzeźniczym".

piramida zwierzat

Katarzyna Kozyra, Piramida zwierząt, 1993

A jednak nie lubimy, by nam przypominano, że mięso nie rośnie w foliowych opakowaniach.

niedziela, 21 lutego 2010
banksy vol 2 - indoors

"Odkryłem, że jeśli chcesz przetrwać jako graficiarz także we wnętrzach, jedyną opcją jest dla ciebie, byś również tam malował po rzeczach, które do ciebie nie należą".

chatka

show me the monet

Show me the Monet

silent night

Silent Night

sun flowers from petrol station

Sunflowers [from petrol station]

"[W rzeczywistości] tylko bardzo wąska grupka ludzi tworzy, promuje, kupuje, wystawia Sztukę i decyduje o jej sukcesie. Najwyżej kilkaset osób na całym świecie ma w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia. Kiedy idziesz do galerii, jesteś po prostu turystą oglądającym gablotę z trofeami kilkorga milionerów".

A skoro mógł być Warhol, mógł być też Banksy.

discount soup can

Discount Soup Can, Museum of Modern Art, Nowy Jork, przetrwało 6 dni

can in gallery

"Po przyklejeniu tego obrazka do ściany, stałem tam jeszcze pięć minut, czekając co się zdarzy. Przeszedł tamtędy tłum ludzi. Gapili się przez chwilę, po czym ruszali dalej z wyrazem lekkiego zmieszania i jakby bycia troszeczkę oszukanym. Poczułem się wtedy jak prawdziwy nowoczesny artysta".

wall art

Wall art, British Museum, Londyn, przetrwało 8 dni, obecnie włączone do stałej ekspozycji

Tabliczka z opisem głosiła: "Malowidło naścienne, Wschodni Londyn. Doskonale zachowany przykład sztuki prymitywnej, datowany na erę post-katatoniczną. Uważa się, że przedstawia człowieka pierwotnego zdążającego ku pozamiejskim terenom łowieckim. Autor malowidła, znany pod pseudonimem Banksymus Maximus, tworzył szeroko na obszarze południowo-wschodniej Anglii, lecz niewiele o nim wiadomo. Większość dzieł tego rodzaju niestety nie zachowała się. W znacznej części zostały one zniszczone przez zagorzałych urzędników municypalnych, nie rozumiejących przekazu artystycznego oraz historycznego znaczenia malowideł naściennych".

piątek, 19 lutego 2010
banksy vol 1 - outdoors

Przeczytałam wpis o Banksy'm na blogu Pani Izy i z komentarzy mi wynikło, że już dwa lata temu pisać o nim nie powinno się było, bo to stare jest i każdy, kto ma internet, o Banksy'm wie już wszystko. A poza tym, że to nieładne i nieoryginalne jeszcze.

Cóż, argument, że o starym pisać nie warto - np. o Zygmuncie Starym - zupełnie do mnie nie przemawia. Nieładność, natomiast, i nieoryginalność to kwestie co najmniej dyskusyjne, więc ja jednak o Banksy'm napiszę, choć już się on o rok kolejny zdewaluował.

Chociażby dlatego napiszę, że mnie to po prostu intryguje, że wciąż nie wiadomo, czy wiadomo, kim Banksy jest właściwie i czy Banksy jest jeden, czy jest go więcej. I że nie do końca wiadomo nawet, czy faktycznie jest autorem wszystkiego, o czym myśli się, że jest autorstwa Banksy'ego. I dlatego też, że wytwory jego (dzieła) bardziej ewoluują, niż się przedawniają i wraz z nimi ewoluuje rzeczywistość, w której się znajdują. A to za sprawą innych; odbiorców/ twórców/ wandali/ ignorantów/ epigonów (niepotrzebne skreślić, choć może wszystkie są potrzebne?).

Siedem lat temu, na przykład, Banksy zrobił graffiti na Old Street w Londynie:

2003

Banksy, 2003

2005

2005

2006

2006

2007

2007

2009

2009

Trudno też uznać za stare i nieaktualne coś, co zaistniało tylko na kilka godzin, czasem dni, w konkretnym miejscu i sytuacji, a potem zniknęło lub przeistoczyło się w coś całkiem innego i wiemy o tym, jakie było w chwili swego powstania tylko dlatego, że jakieś zdjęcie krąży w internecie. Fakt, że zobaczyliśmy to zdjęcie dwa czy pięć lat temu (kiedy dzieło w rzeczywistości już nie istniało w takiej postaci, w jakiej je na nim przedstawiono) nie znaczy przecież, że od tej właśnie chwili liczyć się powinien czas jego dezaktualizacji. Toż to byłby jakiś solipsyzm skrajnie radykalny!

No, bo taki "Zakopany Skarb" w którym momencie się zestarzał, skoro się rozsypał przy pierwszym podmuchu wiatru? I co z tego, że ktoś to zdjęcie widział w 2005, a ktoś dopiero teraz widzi?

Buried Treasure

Albo Mona Lisa z Soho,

Mona Lisa

która już tego samego dnia stała się Osamą, a dwa dni później w ogóle przestała istnieć.

Mona Osama

I jeszcze tylko na koniec, żeby nie przynudzać, oto jak sztuka zmienia rzczywistość:

Designated Graffiti Area

Sciana dzien 1

Sciana dzien 18

Osiemnaście dni, by słowo stało się ciałem...

piątek, 05 lutego 2010
what does a mother do on sundays?

Wiem, że miesiąc krótszy, ale że czasu brak, na razie tylko szybki abstrakt w duchu nadal feministyczno-oburzeniowym, choć trochę na żarty. Nie mogłam się jednak oprzeć.

Przypadkowo zupełnie, błąkając się po sieci, trafiłam na stronę dziesiątą nowoczesnego PRL-owskiego podręcznika do angielskiego, ilustrowanego przez uznanego polskiego plakacistę Jerzego Flisaka. Ilustracje w rzeczy samej urzekające, lecz treść poniekąd kontrowersyjna.

what does a mother do

Jak widać, mama, mamą będąca w całym swym jestestwie, żadnego dnia tygodnia nie oddaje się czynnościom poza jej mamość wykraczającym. Mamość jej jest absolutna i wszechogarniająca, jak barwne kręgi otaczające jej narysowaną postać niczym mandrole. Mamość wyklucza mamę z kręgu świata zewnętrznego (z którym sporadyczny kontakt mama zachowuje podczas zakupów), zamykając ją w malutkich, acz barwnych, krążkach czynności maminych. Mama nie jest więc księgową-mamą, policjantką-mamą, pokerzystką-mamą czy rowerzystką-mamą. Jest mamą-mamą i mamą do entej potęgi, a to już nie pozwala jej być niczym innym.

A w czwartek to Betty - nie Jimmy - pomaga mamie odkurzać. I tego wszystkiego dowiadujemy się już na siódmej lekcji.

P.S. Niestety strona dziesiąta nie mówi, co mama robi w niedzielę. Prawdopodobnie gotuje trzydaniowy obiad.

 
1 , 2 , 3
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30